
To moja pierwsza z jak się okazało później kilku podróży do kraju w kształcie buta. Miałem wtedy lat dziesięć, moja starsza siostra siedemnaście, a młodsza cztery. Rodzice byli w moim obecnym wieku, mieli po 38 lat. Po drodze największe wrażenie wywiera na mnie majestatyczność austriackich Alp. Robią to także liczne tunele, zachodnie auta, a także widziany z dala, oświetlony wiedeński park rozrywki Wiener Prater. Chyba również wtedy pierwszy raz w życiu widzę samoczyszczącą się deskę klozetową w toalecie na jednej z rozbudowanych stacji benzynowych.

Zatrzymujemy się w trzygwiazdkowym hotelu Cavour przy Via Dante Alighieri. Do dziś czuję smak pierwszej, pysznej kremowej cebulowej zupy, którą jadłem tam w hotelowej restauracji. Wodę dostajemy w wysokiej, szklanej butelce, a wino w karafce. Do pobliskiej plaży jest chwila spacerem. Przy leżakach zapoznaję dwóch braci Anglików, z którymi często spędzam czas na graniu w piłkę i zabawach w Adriatyku.

Jest lato. Pogoda brzytwa. Tym bardziej w okolicach tej szerokości geograficznej. Rankiem można robić zakupy, lecz w najgorętszych godzinach dnia Włosi w zwyczaju mają uskuteczniać sjestę. Opuszczają rolety i większość biznesów oraz domostw przez kilka godzin jest wtedy zamknięte. Za to wieczorami, gdy słońce zachodzi, a temperatura spada nad wyraz czuć tętniące życie. Ludzie falami wychodzą na ulice i spacerują niemalże do godzin porannych. Kiedy pierwszy raz wchodzę do jednego z tamtejszych salonów gier ogarnia mnie gorączka. Wybór automatów jest nieprawdopodobnie duży i nie sposób spróbować wszystkiego. Po prostu WOW. Przez cały pobyt każdy wieczór stanowi dla mnie odkrycie jakiejś nowej rozrywki. Pierwszy raz widzę też balony, z których uliczni sprzedawcy formują różne zwierzęta. W tym miejscu wybaczcie, że pominę rozpisywanie się na temat zróżnicowanej palety smaków i obfitości włoskich lodów gałkowych oraz doskonałości miejscowych pizz czy past. Przez szacunek do kulinariów z tamtego kraju w ogóle winienem poświęcić im osobny wpis. Zresztą podobnie jak przepięknym i jedynym w swoim rodzaju na całym świecie Włoszkom.

Pokoje hotelowe mają balkony z widokiem na gwarną ulicę. Traf chciał, że w tym samym czasie, za naszą ścianą urlop z rodziną spędza nikt inny jak Tadeusz Sznuk, prowadzący kultowego teleturnieju ,,Jeden z dziesięciu”. Jest wieczór. Ojciec wychodzi na balkon na przysłowiowego dymka. Pan Tadeusz mieszkający balkon w balkon także zwykł to robić i mówi do Taty: ,,Co Italia bella, ale palić trzeba na balkonie?”. To jedna z anegdot, którą do dziś z uśmiechem zdarza nam się czasem wspominać.


Wizyta w Aqualandii czyli okolicznym ogromnym parku wodnym to jedno z wydarzeń, które zapamiętam na zawsze. Cieniem na tamten dzień rzucił się tylko niefortunny zjazd mojej Mamy, która nie umiejąc pływać za naszą namową decyduje się skorzystać z najwyższej dostępnej tam zjeżdżalni. Traumę ma do dziś, bo wpadając z dużą prędkością do basenu wystraszyła się nie na żarty, bo myślała, że utonie. Pomijając ten jeden feralny incydent, zabawa na tamtym obiekcie jest przednia. Pierwszy i jak do tej pory jedyny raz w życiu udaje mi się kopać piłkę na pompowanym, śliskim od mydlin boisku.




Jednodniowa wycieczka do Wenecji także ma swój niepowtarzalny urok. Niezliczona ilość gołębi na Placu Świętego Marka, gondole na Kanale Grande, weneckie maski w sklepikach przy ciasnych uliczkach czy Most Westchnień, przez który przechodził Giacomo Casanova to kilka obiektów, które najbardziej zapadają w pamięć dziesięciolatkowi. To miasto na wodzie robi wrażenie. Chciałbym jeszcze kiedyś tam wrócić nim całkiem je zaleje.
Natomiast z krótkiej wyprawy do San Marino wiele nie pamiętam. Może to, że dostajemy się tam drogą wodną, ogromny upał i to, że w jednej z restauracji zamawiam Cotoletta.
Niewykluczone, że obsługiwał nas wtedy któryś reprezentant piłki nożnej tego kraju.
Dorosłe życie to jednak definitywnie zmagania przynajmniej z męską kadrą Włoch, jeśli nie Brazylii.
Między prawdą, a Bogiem to wolałbym z kobiecą.