Nocne projekcje

Nawet gdy są złe to się budzę.

Uciekam. Dokładnie nie wiem przed kim, ale boję się. Wbiegam do klatki w bramie, a potem do swojego mieszkania na pierwszym piętrze. Zamykam za sobą drzwi na wszystkie zamki. Uff, wygląda na to, że zdążyłem. Zerkam przez wizjer. Są. Nie znam ich intencji, ale czuję przez skórę, że nie są dobre. Oceniam, że nie mają szans wtargnąć. Drzwi są mocne, a jestem przekonany, że oni nie mają kluczy. Nagle górna zasuwa się przemieszcza jak gdyby jednak je mieli. Szybkim ruchem przesuwam ją na miejsce. Nic to nie daje, bo za sekundę sytuacja się powtarza. Mało tego. Zatrwożony spostrzegam, że w tym samym momencie odsuwa się także dolna, wydając charakterystyczny dźwięk otwierania. Błyskawicznie ją zamykam, ale to na nic. Są szybsi. W dodatku mają jakąś straszliwą, magiczną moc. Chwilę jeszcze udaje mi się blokować drzwi, lecz czuję, że tracę siły i nie uda mi się zatrzymać napastników przed wejściem. Wygrywają. Zaczynam wrzeszczeć w niebogłosy. To sprawia, że tym razem w mig udaje mi się wydostać do rzeczywistości, w której wrzask trwa i odbija się od ścian pokoju.


Mara się powtarza. Wygrywają. Wrzask nie sprawia, że się budzę. Biegnę w stronę okna i skaczę wypadając razem z szybą na chodnik. Otwieram oczy oddychając szybko. Jest środek nocy. Zwycięstwo.


Siedzę w fotelu. Czuję się bezpiecznie. Jest słonecznie i ciepło. Leniwie patrzę na lekko kołyszące się drzewo rosnące przy ulicy. W jednej chwili widzę jak wzdłuż kamienicy, tuż za moimi oknami, chodnikiem idzie postać. Widzę tylko jej głowę i umieszczony na niej czarny kapelusz. Znika, nie zauważając mnie. Mocno zdziwiony wstaję. Przecież to pierwsze piętro. Za moment jej śladem idzie kolejna, lecz jeszcze wyższa od tamtej. Ramiona ma na wysokości mojej głowy. Sunie równolegle do budynku. Ta nie posiada nakrycia głowy, za to ma starą, pożółkłą twarz i ogromne, nieprzyjazne ślipia, które zaczynają się we mnie wpatrywać. Podchodzę do parapetu i okazuje się, że wszyscy przechodnie są tak nienaturalnie wysocy, jak gdyby chodzili na szczudłach. Ogarnia mnie paniczny strach. Gdzie ja się znalazłem? To musi być sen. Ta myśl wyrywa mnie z niego.


Otwieram oczy. Jestem na swoim łóżku. Muszę wstać się napić i za potrzebą. Jest jeszcze noc. Żeby dotrzeć do kuchni i łazienki muszę przejść przez pokój gdzie śpią moi rodzice. Podłoga zajadliwie trzeszczy więc nie ma mowy, że uda mi się to zrobić bezszelestnie. Chyba się do tego przyzwyczaiłem. Co ja gadam, przecież chyba nigdy tak się nie stanie. Otwieram pokój i przemieszczam się prosto do celu. Jak zwykle. Gdy jestem w połowie drogi nagle oni się budzą, wstają na równe nogi i nakrywają mnie kołdrą wydając przy tym jakiś straszliwy jazgot. Znów otwieram oczy. Ponownie jestem na swoim łóżku. Tym razem już na jawie. Świta. Jeszcze raz przechodzę przez drugi pokój, parkiet wydaje znajomy dźwięk, lecz tym razem domownicy śpią i nie wydarza się nic przerażającego.

Próbuję się bronić, ale za nic nie mogę podnieść rąk. Są jak z ołowiu. Próbuję biec, lecz nogi jakby wrosły w ziemię. Są jak korzenie. Próbuję zapanować nad autem, które prowadzę, ale ku mojemu zdziwieniu ktoś inny ma nad nim kontrolę. Próbuję krzyczeć ile sił w płucach, lecz wydobywa się ze mnie głuche nic. Bezsilność jest okropna.


Idę przez las w kierunku plaży. Jest noc. Im bliżej jestem tym bardziej czuję obecność wielkiej wody. Sztorm wdziera się w głąb lądu. Błyskawice przedzierają niebo, oświetlając brzeg. Fale są kolosalne i nie oszczędzają niczego, w tym mnie.


Stoję na wzniesieniu. Żółty księżyc mruga do mnie z granatowego nieba. W dolinie widzę uśpione miasteczko, a za nim na horyzoncie piętrzy się ogromne pasmo gór skalistych. Postanawiam wdrapać się na jedną z nich. O dziwo zajmuje mi to mgnienie oka. Stąd widok jest jeszcze lepszy.

Jest dzień. Idę zatłoczonym deptakiem w dół. Mijam ludzi, którzy dziwnie się na mnie patrzą, wskazując palcami. Nie dziwne. Nagle dostrzegam, że jestem tylko skarpetkach.


Orientuję się, że śnię. Z miejsca postanawiam unieść się w powietrze. Udaje mi się to bez problemu. I wyżej i wyżej i jeszcze wyżej. Panorama miasta nocą robi wrażenie. Lecę jak ptak. To jeden z najlepszych snów jakie miałem. Świadomych marzeń sennych doświadczyłem sporo, w tym część dotyczyła unoszenia się w powietrze. Nie pamiętam chyba jednak żadnego momentu lądowania.


Zbliżenie intymne zazwyczaj kończy się gwałtownym, niechcianym przebudzeniem. Kilka razy udało mi się jednak wskoczyć na nowo w ten sam moment przerwania. Świetna sprawa.


Otwieram szafkę, a tam tysiące kartridży do gier Nintendo. Nie posiadam się z radości. Niestety to tylko wizja senna. Jestem rozczarowany.

Na podłodze leży mnóstwo pieniędzy. Zarówno banknoty jak i monety. Z zapałem zbieram je i myślę, że wreszcie jestem obrzydliwie bogaty. Jednak nie.


Jeden z najgorszych snów to ten gdy czuję, że ruszają mi się wszystkie zęby. Pęcznieją mi w buzi i zaczynam systematycznie je wypluwać, ale o zgrozo nigdy się nie kończą.


Jestem w pomieszczeniu, które składa się z kilku wielkich akwariów z dziwnymi, groźnie wyglądającymi rybami. Nagle wszystkie szyby pękają i zostaję zalany wodą wraz ze stworami.

Zdarzało mi się też przeciskać przez ciasne, niemożliwe do zmieszczenia się szyby wentylacyjne, być zamykanym w więzieniu za narkotyki, rozszarpywanym przez wściekłe psy, czy widzieć jak ktoś zabija kogoś mi bliskiego.


Jest późny wieczór. Leżę w łóżku. Starsza siostra odrabia lekcje przy biurku. Jedyne światło to niewielka lampka. Z takim widokiem zasypiam. Śni mi się, że spadam z dużej wysokości. Gdy zderzam się z gruntem, otwieram oczy. Widok mam ten sam gdy zasypiałem. Sekundę później z biurka widzę jak na ziemię spada pióro. Do dziś mam wrażenie, że przewidziałem jego upadek.


Ciekawe czy od niepamiętnych czasów przed swoimi narodzinami byliśmy w permanentnych objęciach Morfeusza (vide uczucie deja vu), a po śmierci znów w nie wpadniemy. Mówią, że najlepszym odejściem w zaświaty jest to gdy kładąc się do snu już się nie budzisz. Sam nie wiem. Sleep is the cousin of death.

Prócz literatury czy filmu, jawa sama w sobie również zawiera w sobie elementy oniryczne. W rzeczywistości doświadczamy przecież momentów, gdy z niedowierzania chcemy się uszczypnąć.


Nigdy nie spisywałem swoich snów. Może czas zacząć?


Wszystko co w tej chwili przeczytałeś drogi czytelniku to sięganie w głąb odmętów mej zawodnej pamięci. Dla mnie jest to zagadnienie tak ciekawe, że zostawiam sobie w tym temacie pole do niechybnej kontynuacji.


Ciekaw jestem też czy my jako ludzkość doczekamy czasów, gdy będzie można nagrywać te nocne projekcje, by nazajutrz móc je sobie na spokojnie obejrzeć, lub też wymienić się z kimś innym na to co udało się zarejestrować śniąc. To by było coś.

Ty śpij dziś dobrze.

Śniło mi się, że mnie kochasz.

Dodaj komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany. Wymagane pola są oznaczone *