1992

Obudzić się nad ranem w jadącej przyczepie campingowej N126 to swoiste uczucie. Trzęsą się nie tylko szklanki, talerze i sztućce, butla z gazem, ale także ludzkie wnętrzności.


Niezapomniana podróż.

Poprzedniego wieczoru zasnąłem wraz ze starszą o siedem lat siostrą w tym naszym mobilnym mieszkanku, które to przechowywaliśmy na działce u starych znajomych w Jedlni Letnisko przy ulicy Zachodniej, kilka minut pieszo od zalewu. Oczy otworzyłem gdzieś w innym województwie, w drodze na Mazury i nie było już mowy o dalszym spaniu. Miałem osiem lat, czyli tyle co dziś moja córka. W Polsce dopiero co ruszyła działalność pierwszej telefonii komórkowej ,,Centertel”, więc o powiadomieniu rodziców puszczając im ,,głuchego”, żeby się zatrzymali mowy nie było. Przez krótki czas taka jazda bez trzymanki była nawet przyjemna. Towarzyszyła jej także doza adrenaliny, bo przewóz ludzi, tym bardziej dzieciaków nie był, i zdaję się, że i dziś też legalny nie jest. Ostatecznie by zapobiec srogiemu mandatowi i niefajnym wymiotom, na które zaczynało nam się zbierać, na jednym z przystanków przesiedliśmy się do pomarańczowego Fiata 125p, gdzie wraz z dawcami naszego życia podróżowała młodsza ode mnie o sześć lat, druga siostra.
Celem podróży był camping przy ośrodku wypoczynkowym w miejscowości Maradki nad jeziorem Piłakno. W tripie towarzyszyła nam na dwa samochody z przyczepami rodzina W, u której trzymaliśmy naszą ,,budę” mającą rejestrację RAP 1243. Przypadek? Nie sądzę! W tej samej ,,budzie” pierwszy raz kilka lat później odsłuchiwałem na walkmanie przegrywany ,,Alboom” Liroya, do którego sam narysowałem okładkę. Pamiętam, że by jechać z takim domkiem na kółkach auto musiało mieć zamontowane długaśne lusterka, by kierowca pojazdu dobrze widział co się dzieje na dłuższych niż klasycznie tyłach.

Nad brzegiem Piłakna.

Rozbiliśmy nasze obozowisko w sąsiedztwie szuwarów, drzew i jeziora. Koncerty żab i świerszczy to na wtedy był najlepszy soundtrack pod słońcem. Dziś myślę, że mógłbym zresztą powiedzieć to samo. Kilkupiętrowy ośrodek, w którym zwykliśmy jadać obiady położony był na niewielkim wzniesieniu. Do dyspozycji mieliśmy min. łódkę, którą pływaliśmy na położoną nieopodal zalesioną wysepkę, piaszczyste boisko do siatkówki, a także pomieszczenie ze stołem do ping ponga, gdzie doskonaliłem swoje serwy. Tuż obok kempingu, przy brzegu znajdowało się kwadratowe molo otaczające wyznaczone miejsce do pływania, na którego dnie zamontowana była gumowa siatka. W tej opowieści, oczy swojej wyobraźni, kieruję ze szczególną uwagą na pokaźną świetlicę, gdzie stał kolorowy telewizor. Tak się złożyło, że w tamto lato odbywały się igrzyska olimpijskie w Barcelonie. Pamiętacie późniejszą akcję Coca – Coli ze złotymi nakrętkami? Ja tak. Ale pozwólcie, że w tym momencie pominę rozwinięcie tego wątku.

Piłkarski finał z Hiszpanią.

Ojciec zabierał mnie do tamtej świetlicy, by śledzić zmagania sportowców w poszczególnych dyscyplinach. Największe emocje towarzyszyły mi jednak gdy oglądaliśmy piłkę nożną. Przyznacie, że nasza reprezentacja miała wtedy mocną pakę. Z resztą wyniki mówią same za siebie. W fazie grupowej wygraliśmy do zera z Kuwejtem i Włochami, a remis z nami ledwo wywalczyła sobie reprezentacja USA. W ćwierćfinale ograliśmy drużynę Kataru 2:0, a w półfinale z Australią zrobiliśmy to, co z nami ostatnio Belgia w Lidze Narodów. Wynik iście tenisowy. Najbardziej jednak utkwił mi w głowie finał z gospodarzem igrzysk – Hiszpanią. Co to był za mecz! Chyba najważniejszy mojego dzieciństwa. W drużynie rywali na boisku brylowali min. dziś kapitalni trenerzy Pep Guardiola i Luis Enrique, czy wbijający nam w ostatniej minucie spotkania gwóźdź do trumny strzelec dwóch bramek w tym meczu – Kiko. Mimo porażki 3:2, kadra biało – czerwonych pod wodzą Janusza Wójcika zagrała świetny turniej. Królem strzelców z siedmioma golami został nasz napastnik Andrzej Juskowiak, który straszył w polu karnym swoich przeciwników do społu Wojciechem Kowalczykiem. Zabrakło niewiele by Camp Nou zostało definitywnie zdobyte. Faktem jest jednak, że za mojego życia polska reprezentacja nie odniosła większego sukcesu w żadnym z wielkich piłkarskich turniejów.

Ostatni polski pięściarz z medalem na olimpiadzie.

Rzeczywistym stanem rzeczy jest również to, że naszym ostatnim medalistą na igrzyskach olimpijskich w boksie był Wojciech Bartnik. Walczący z odwrotnej pozycji w wadze półciężkiej Oleśniczanin wygrał swoje pierwsze trzy walki. Pokonał Gonzaleza z Portoryko, wysoko Bengusemię z Algierii i sensacyjnie Espinozę z Kuby. Ostatecznie w półfinale niezasłużenie uległ Niemcowi Mayowi. Złoto było bardzo blisko, lecz hiszpański sędzia robił wszystko, by Polak tej walki nie wygrał.

Wojciech Bartnik jako trener.

Zdobywca brązowego medalu w Barcelonie jest obecnym trenerem naszej kadry bokserskiej, która miejmy nadzieję po czasach posuchy będzie systematycznie się odradzać i w ostatecznym rezultacie da nam powody do radości.

Nadzieje.

Warto mieć oko na młodych, utalentowanych chłopaków jak min. Paweł Brach, Mateusz Bereźnicki, Jakub Straszewski, Jakub Słomiński, Tomasz Niedźwiedzki, Damian Durkacz, Bartosz Gołębiewski, Oskar Safaryan, Daniel Piotrowski, Jarosław Iwanow, Mateusz Urban czy Mateusz Goiński. To w nich obecnie nadzieja na powrót polskiego boksu na salony. Nie pozostaje nam nic innego jak cierpliwie czekać na satysfakcjonujące zarówno zawodników jak i kibiców wyniki na arenach międzynarodowych. Może to właśnie nasz doświadczony, ostatni pięściarski medalista tchnie ducha zwycięstwa w naszą kadrę? Wszak realia pokazują, jak bardzo doświadczenie i sukcesy w boskie amatorskim przekładają się na późniejsze triumfy na ringach zawodowych. Warto mieć także oko na reprezentantki naszej żeńskiej kadry z takimi pięściarkami jak min. Agata Kaczmarska, Oliwia Taborek, Lidia Fidura, Martyna Jancelewicz, Aneta Rygielska, Daria Parada, Natalia Rok, Sandra Kruk czy Wiktoria Rogalińska.

19 medali w Barcelonie.

Ostatecznie w 1992 roku z Hiszpanii przywieźliśmy do kraju dziewiętnaście medali. Dziesięć brązowych, sześć srebrnych i trzy z najbardziej wartościowego kruszcu. Złoto zdobył min. Waldemar Legień w Judo, a srebro Józef Tracz w zapasach w stylu klasycznym. Całkowicie zasadnym wydaje się pytanie: jak długo jeszcze będziemy czekać na choćby powtórzenie sukcesów olimpijskich sprzed trzydziestu lat?

Kalendarium.

Żeby dokładniej zorientować się w czasie i przestrzeni tamte sukcesy naszych rodaków miały miejsce w roku otwarcia w Polsce pierwszego Mc Donalds’a, emisji pierwszego odcinka ,,Koła fortuny” i rozpoczęcia nadawania TV Polonia i Polsatu. Także równo trzydzieści lat temu Mike Tyson w swoim prime time został skazany na sześć lat więzienia, urodzili się pięściarze Joseph Parker czy Igor Jakubowski, raperzy Mac Miller, Sarius czy Z.B.U.K.U, piosenkarka Miley Cyrus, piłkarze jak Neymar czy Goetze, oraz powstała Premier League. W Himalajach zginęła Wanda Rutkiewicz, zmarł także brytyjski komik Benny Hill, a Michael Schumacher wygrał swój pierwszy wyścig w F1. Bill Clinton został prezydentem Stanów Zjednoczonych i otwarto podparyski Disneyland.

Z tego co pamiętam, do domu nie chciałem już wracać w podskakującej na każdej nierówności polskich dróg przyczepie. Tam nawet Aviomarin, który swego czasu musiałem zażywać zawsze gdy jechaliśmy w dłuższą trasę mógł nie sprostać. Ale przeżycie niezapomniane. Tak jak Maradki i tamte IO.

Dodaj komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany. Wymagane pola są oznaczone *